Treści i zdjęcia zawarte na tym blogu są moją własnością. Kopiowanie, przetwarzanie i rozpowszechnianie tych materiałów w całości lub po części bez mojej zgody stanowi naruszenie praw autorskich. Podstawa prawna Dz.U. 94 nr 24 poz. 83, sprost.: Dz.U. 94 nr 43 poz. 170.

Kategorie: Wszystkie | Edi | Kudłaty | szmaciaki | zołza
RSS
poniedziałek, 31 października 2011

Nie lubię zmiany czasu na zimowy. Nie dość, że szybko się robi ciemno, to teraz jeszcze szybciej... :/ No i w ogóle, człowiek musi się przestawić. A taki mały człowiek to już w ogóle! No bo weź wytłumacz niemowlęciu, że wieczorem musi trochę dłużej wytrzymać, a piąta rano to nie jest dobry czas na radosne "dzień dobry, pobaw się ze mną, bo mi się nudzi!" :p

Ale co tam, kiedy widzi się taki uśmiech, to można wstać i o piątej ;)

09:26, ja-zolza , Edi
Link Komentarze (5) »
piątek, 28 października 2011

Edi ma niecałe 5 miesięcy. W tym krótkim okresie jego życia zdarzyło mi się zostawiać go pod czyjąś opieką. Za każdym niemal razem miałam dziwne wrażenie ucisku w żołądku... No co ja pocznę, że boję się i martwię o własne dziecko? Raz tylko się nie bałam - kiedy mały został z Jolcią [przyjaciółką rodziny ;)] a my z Kudłatym poszliśmy na zakupy. Wtedy był totalny luzik. Ale poza tym jakoś zawsze coś mnie tam ściska...

Pierwszy raz zdarzyło się nam zostawić go, kiedy miał chyba ze dwa miesiące. Teściowa zabrała młodego na spacer, a my z K. poszliśmy na lody. To była może godzina, ale obfitowała w szereg różnych doznań emocjonalnych. Najpierw strasznie nie chciałam go zostawiać, choć nie przyznawałam się do tego. Powiedziałam tylko K., że mam tremę czy coś takiego, a on, że ma tak samo. Tylko że ja w środku wręcz panikowałam. No jak mogłam zostawić takiego maluszka? Przekonywałam się w duchu, że przecież nie zostawiam go z nikim obcym, tylko z jego babcią, ale serce bolało mnie niemal fizycznie, kiedy widziałam, jak teściowa oddala się z wózkiem. Wtedy K. wziął mnie za rękę, uśmiechnął się i powiedział: "Chodź, idziemy na lody."

Poszliśmy. Jeszcze chwilę byłam spięta, ale zaraz się rozluźniłam. Ba, w pewnym momencie poczułam wręcz ulgę! Był spokój, cisza, tylko ja i Kudłaty [no i lody]. Kiedy zdałam sobie sprawę z tej ulgi, ogarnęły mnie potworne wyrzuty sumienia. Pomyślałam, że muszę być najokropniejszą matką na świecie, jeśli tak się czuję bez swojego dziecka. Buzujące hormony zrobiły swoje i rozryczałam się mówiąc o tym mężowi. K. zaczął mnie uspokajać. Mówił, że to naturalne, że czuję ulgę, przecież ciągle siedzę z małym, mam prawo być zmęczona i poczuć ulgę, kiedy mamy chwilę dla siebie. Wtedy jęknęłam, że przecież przed chwilą chciało mi się płakać, że mam go zostawić, a teraz tak szybko mi się odmieniło.

Cóż, K. zajęło trochę czasu doprowadzanie mnie do porządku, ale w końcu mu się to udało. Kiedy jednak wracaliśmy i zobaczyłam zmierzającą w naszym kierunku teściową, ledwo się powstrzymałam, żeby nie podbiec i nie wyrwać jej wózka. Doszliśmy spokojnie, ale znów prawie się rozryczałam witając się z syneczkiem, kiedy mówiłam mu, jak bardzo mamusia się za nim stęskniła...

K. później się przyznał, że wcale nie było mu tak super, też myślał, co tam u młodego, jednak nie mógł się z tym zdradzić, żeby jakoś mnie ogarnąć. Mój dzielny Mężczyzna :)

 

13:36, ja-zolza , zołza
Link Komentarze (8) »
czwartek, 27 października 2011

Wczoraj moi chłopcy poszli po obiedzie na spacer, żebym mogła odetchnąć. K. kazał mi się zrelaksować, posiedzieć na necie, czy co tam sobie będę chciała porobić. A ja...

Najpierw poodkurzałam całe mieszkanie - niecałe 40 metrów, ale zawsze. Potem powycierałam kurze w pokoju dziennym, wstawiłam pranie, zmieniłam psu posłanie, umyłam kibelek, umywalkę i lusterko nad nią [na wannę zabrakło mi pary ;)]. Nie wiem kiedy minęła godzina, chłopaki wrócili, a ja w tym czasie kończyłam sprzątać kuchnię. Kto mnie zna, ten wie, że do porządnickich nie należę - ba, po prostu jestem bałaganiarą. Nie wiem, czy to hormony, czy inne cholerstwo, ale zaczął mnie wkurzać bałagan, a na dodatek... po tym wczorajszym sprzątaniu poczułam się lepiej. Nie ma to jak aktywny wypoczynek ;)

Dziś z małym lepiej, właśnie sobie ucina drzemkę. Ja wstawiłam pranie i zmywanie [kocham moją mamę tak w ogóle, ale za zmywarkę kocham ją jeszcze bardziej ;)]. Usiadłam, co by trochę napisać, a zaraz zmykam ogarniać moją skromną osobę, żebym jak człowiek wyglądała, kiedy wyjdę z Edim i Kalimbą na spacer .

Jutro przyjdą do nas w odwiedziny znajomi. Pogadamy i zobaczymy, może wezmą na trochę Sol, żeby zobaczyć, jak Mały zareaguje na brak alergenów z jej sierści. Po jakimś czasie Sol by wróciła i zobaczylibyśmy, jaka byłaby reakcja. Ech, życie... A to dopiero początek :p

 



10:52, ja-zolza , zołza
Link Komentarze (4) »
środa, 26 października 2011

Kiedy byłam w ciąży, często rozmawialiśmy o tym, że byłoby cudnie, gdyby Edgar nie odziedziczył po K. skłonności do alergii. Zwłaszcza, że mamy zwierzaki. Szczurzyca zakończyła swój żywot, kiedy mały miał miesiąc, ale mamy też kocicę Sol i psicę Kalimbę. Od niedawna też 22rybki, ale to inna historia.

No i stało się. Młody przekroczył magiczną granicę czwartego miesiąca i zaczęło się. Na początek odstawiłam mleko, smarowałam zmiany skórne przepisaną przez pediatrę maścią i wszystko szło pięknie. Przez tydzień. Odstawiliśmy maść i zmiany powoli zaczęły wracać, doszły też nowe. Nie piję mleka, zrezygnowałam z ukochanych trwarożków, ograniczyłam przyprawy do odrobiny soli, pieprzu i natki pietruszki. Na nic. Edi jest na piersi, ale wieczorami mu mało i wypija 180ml mieszanki. Lekarka przepisała nam Bebilon Pepti, który śmierdzi, jak nie wiem co, ale moje dziecko jest chyba wszystkożerne, bo wtrąbił butlę bez mrugnięcia okiem... tylko się potem zhaftował. Ale to nic.

Dzisiaj mamy okropny dzień. Młody nie mógł zasnąć i zamiast ok. 10:00, jego drzemka rozpoczęła się przed pierwszą, a skończyła koło drugiej. I na powitanie znów rozdzierająca "piosenka"... Ja ledwo zipię, mam tłuste włosy i czuję się do dupy. Niech ten dzień się kończy... :/


O, znów płacze... idę... :/

14:23, ja-zolza , Edi
Link Komentarze (7) »
niedziela, 23 października 2011

Kiedy Edgar się urodził, Kudłaty wziął miesiąc wolnego [2 tygodnie zwolnienia na opiekę nad nami i 2 tygodnie urlopu]. Razem uczyliśmy się naszych nowych ról. K. bardzo mi pomagał, wspierał, uspokajał.

Kiedy byłam w ciąży, sądziłam, że wszystko wiem i nie potrzebuję rad ani pomocy. W końcu zawodowo zajmuję się malutkimi dziećmi. Rzeczywistość jednak zweryfikowała wszystko. Okazuje się, że przy własnym dziecku wszystko wygląda inaczej. Kiedy dochodzą uczucia, emocje, a na dodatek jest się rozbuchaną hormonalnie bombą zegarową. O ile rzeczywiście miałam łatwiej, bo potrafiłam przewinąć, przebrać czy wykąpać noworodka, o tyle kompletnie nie potrafiłam się odnaleźć, kiedy coś szło nie tak. Przedłużająca się żółtaczka małego spędzała mi sen z powiek, a problemy z karmieniem [poranione brodawki] odbierały radość z macierzyństwa. I tu wkroczył mój mąż. Mimo że sam bał się o naszego maluszka, potrafił ukryć strach i dobrać słowa tak, że mnie uspokajał. Problemy z karmieniem również pomagał rozwiązać. Wstawał ze mną w nocy, przewijał Edgarka, ja ściągałam mleko laktatorem, a K. podawał je małemu butelką. A kiedy miałam dość, bo mały się denerwował, bo piersi bolały, bo łatwiej byłoby zrobić mieszankę i podać ją butelką, K. ocierał mi łzy i spokojnie namawiał, żeby jeszcze troszkę poczekać, że może się uda. I udawało się. Nie wiem, czy to jego spokój tak na mnie wpływał, ale dawaliśmy radę. Trzykrotnie byłam bliska rezygnacji z karmienia piersią i trzykrotnie wytrzymywałam tylko dzięki Kudłatemu.

Pamiętam, jak mały miał kilka dni, próbowałam układać go na brzuszku. Bardzo mu się to nie podobało, denerwował się, spinał, zadzierał główkę do góry i długo ją tak utrzymywał. Zaraz pojawiły mi się przed oczami obrazy dzieci z problemami neurologicznymi. Patronażowa wizyta położnej potwierdziła moje obawy: wzmożone napięcie mięśniowe. Skierowanie do neurologa. Ale zanim pojechaliśmy na wizytę, pokazaliśmy młodego znajomej lekarce i rehabilitantowi. I co usłyszeliśmy? Coś, o czym wiedziałam, tylko strach o własne dziecko zaćmił mi umysł. Każdy noworodek ma prawo mieć wzmożone napięcie mięśniowe. Jest to sprawa zupełnie fizjologiczna. I rzeczywiście, po jakimś czasie wszystko się unormowało.

Kikut pępowinowy utrzymywał się u Ediego dwa miesiące. Przy tym już nie panikowałam, tylko starannie dbałam o osuszanie, aż wreszcie odpadł. Tutaj K. dodawał mi skrzydeł, podziwiając głośno, jak świetnie sobie z tym radzę. Bo kiedy wszystko jest w porządku, nie znaczy, że nie trzeba się starać. Mój mąż potrafił dodać mi otuchy i wiary w siebie. Bo dobre słowo znaczy bardzo wiele. Wielokrotnie powtarzałam Kudłatemu, że bez niego bym sobie nie poradziła. Zawsze odpowiadał to samo - że owszem, poradziłabym sobie, ale na szczęście nie muszę. Dokładnie. Na szczęście, nie muszę.


Mamą chciałam być odkąd pamiętam. Już jako kilkulatka na pytanie "kim chcesz być, kiedy dorośniesz" odpowiadałam: "mamą" :)

Moje marzenie spełniło się, kiedy miałam 28 lat... I okazało się, że to nie do końca jest tak, jak to sobie wyobrażałam ;) Owszem, wiedziałam, że dzieci płaczą, miewają kolki, problemy z robieniem kupki - albo kupkę na plecach itd. Jednak kiedy dochodzą do tego emocje i uczucia, wszystko wygląda inaczej. A kiedy mija czas i zaczyna się odczuwać coraz większe zmęczenie, miewa się chwile zwątpienia, czasami traci się cierpliwość - i pojawiają się wyrzuty sumienia. Czy jestem złą matką, bo nie mam pomysłu, co dolega mojemu dziecku i na jego płacz mam ochotę odpowiedzieć płaczem? Czy jestem złą matką, bo mam ochotę zostawić synka z jego ojcem i wyjść z koleżankami? Oczywiście, że nie jestem :p Ale bywają ciężkie chwile. Nie mniej jednak, jeden uśmiech mojego małego rozrabiaki rozbraja mnie całkowicie. Kiedy widzę ten bezzębny wyszczerz, znikają gdzieś nerwy i mam ochotę tulić urwisa i całować jego pucołowate policzki z dołeczkami.

A kiedy naprawdę nie daję rady, zawsze mam oparcie w Tatusiu Fasolka, a moim mężu, który odwala kawał dobrej roboty, odkąd zaszłam w ciążę. Ogarnia mnie, kiedy potrzeba, pomaga, kiedy może. I jest. Po prostu jest.

O tym, jak to jest być mamą, o moim synku, o mężu, o przeżyciach i emocjach, o tym, co mnie cieszy a co denerwuje... O tym będzie ten blog.


10:05, ja-zolza , zołza
Link Komentarze (12) »