Treści i zdjęcia zawarte na tym blogu są moją własnością. Kopiowanie, przetwarzanie i rozpowszechnianie tych materiałów w całości lub po części bez mojej zgody stanowi naruszenie praw autorskich. Podstawa prawna Dz.U. 94 nr 24 poz. 83, sprost.: Dz.U. 94 nr 43 poz. 170.

Kategorie: Wszystkie | Edi | Kudłaty | szmaciaki | zołza
RSS
sobota, 31 marca 2012

O szydełkowaniu mam nie pisać, ale to nie jest szydełkowanie ;)

Kleofas powstał już jakiś czas temu, ale siedział goły i powiedziałam sobie, że muuuszę go ubrać. Tak też zrobiłam. Stary bodziak Ediśka [z którego powstała też kiecka Tośki] i trochę jeansu. Myślałam też o jakimś nakryciu głowy, ale stwierdziłam, że nie będę przeginać ;)


Zanim ubrałam Kleofasa, zrobił to K. - portki Ediśka i jego butki. No bo co będzie taki goły siedział... :p


Wypchałam Kleofasa skrawkami ręcznika, dzięki czemu jest cięższy i bardziej twardy, niż poprzednie szmaciaki. Lubię go ;) Mimo że ma uszy na opak - zieloności miały być od spodu. Ale kiedy zobaczyłam, jak się przyszyły, postanowiłam je tak zostawić. Nie chciało mi się już bawić w odwracanie tego - i przynajmniej jest oryginalny :)

 

piątek, 30 marca 2012

Rano wyładowałam czyste naczynia ze zmywarki. Nie chciało mi się ładować brudów, pomyślałam, że nie będę mocno stukać, zrobię to, kiedy mały pójdzie spać.

Położyłam Ediśka. Poszłam do kuchni. Spojrzałam na zlew załadowany po brzegi.

- Oczywiście, że będę stukać – pomyślałam, po czym obróciłam się na pięcie i wróciłam do pokoju :p



12:09, ja-zolza , zołza
Link Komentarze (3) »
czwartek, 29 marca 2012

Uczę młodego, że nie wolno zaciskać łapek na sierści psa. Głaskałam Kalimbę, mówiąc „cacy”, potem brałam rączkę synka i też robiliśmy „cacy”, ku jego uciesze. Nagle widzę taki obrazek: Edi siedzi i nieporadnie, ale delikatnie robi „cacy” Kalimbie, czemu towarzyszy radosny śmiech. Cudny widok!

 Jupi! Kolejny sukces wychowawczy :D



 

08:58, ja-zolza , Edi
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 26 marca 2012

Mieliśmy cudowny, rodzinny weekend. I obyło się bez środków dezynfekcyjnych ;)

Sobota była przepiękna, ciepła i słoneczna. Wybraliśmy się z małym na plac zabaw, ale z powodu tłoku i wrzawy wyszliśmy stamtąd wcześniej, niż planowaliśmy i wpadliśmy na pomysł odwiedzenia Łazienek. Dobra, chodziło o sprawdzenie, czy nie sprzedają tam przypadkiem waty cukrowej [ja - fanka tej słodkości :D]. Nie sprzedawali. Ale przeszliśmy Łazienki, żeby zobaczyć, czy może z drugiej strony nie ma sprzedawcy waty. Nie było. Poszliśmy więc na lody. I tak oto spacer przedłużył się do 3 godzin. Wracaliśmy dosyć szybko, bo to była już pora obiadu Ediśka, a poza tym zagapiliśmy się i przegapiliśmy porę karmienia psa... Biedna Kalimba - ale wybaczyła nam ;)

Już dawno nie spędziliśmy razem tak fajnego dnia. Calutkiego we trójkę. Następnym razem wybierzemy się w miejsce, gdzie będzie można zabrać Kalimbę.

09:16, ja-zolza , zołza
Link Komentarze (6) »
sobota, 24 marca 2012

Po obejrzeniu zdjęcia małego Miesia [synka Aestimy, która szyje na zielono :D] na huśtawce, zapałałam niesamowitą chęcią pójścia na plac zabaw z moimi chłopakami.

Zo: Idziemy dziś z Edim na plac zabaw?

K.: Na huśtawki?

Zo: No! :D

K. Ale to może weźmiemy jakiś podkład…

Zo: ???

K.: Bo on jest malutki, a to wszystko jest brudne….

Zo: To mu zdejmę spodnie i wypiorę!

K.: To może chociaż płyn do dezynfekcji…



piątek, 23 marca 2012

Obiecałam pokazać moją Upośledzoną Mysz... Oto ona ;)

Zo: Fajne te moje szmaciaki...

K.: Ten czarny jakiś taki koślawy ci wyszedł. Ja bym go wywalił...

Zo: :p

 

czwartek, 22 marca 2012

Wczoraj.

Siedzimy sobie z K. i pijemy kawkę do obiadku. Mamy jakieś pół godzinki do jego wyjścia na próbę. Kiedy nagle coś mnie tknęło i wstałam, żeby zobaczyć coś w kalendarzu…

Liczę, liczę i coś za dużo mi wychodzi. Od kiedy dostałam okres po porodzie, mam go regularnie – 31-32 dni. Właśnie mijał 40. Powiedziałam to Mężowi… Pominę naszą rozmowę [:p] – stanęło na tym, że ma kupić test ciążowy wracając z próby.

Wyszedł, a mnie nagle stres złapał taki, że masakra. Najpierw ból brzucha, a potem uczucie, jak przy mega-tremie. Jakby się żołądek w supeł zawiązał, mrówki na plecach, słabo… jeszcze chwila i zaczęłoby mnie telepać. No nieźle by się z nas wszyscy nabijali, bo chyba nikt się tak nie zarzekał, że never-ever… Najbardziej przerażała mnie sytuacja finansowa. K. powiedział, że rzuciłby granie i znalazłby drugą robotę… Ale i tak mnie to wszystko przerażało. No i fakt, że jestem po cięciu cesarskim, a nawet rok nie minął od porodu – już miałam wizję zagrożenia rozejścia się blizny pooperacyjnej, zagrożenia ciąży i przedwczesnego porodu…

K. wrócił z próby, kiedy kąpałam Ediśka. Pomógł mi go wyjąć z wanny i poszedł szykować mu kolację, a ja przebierałam małego w piżamkę. Zaraz K. wszedł z butelką i przejął synka, a ja poszłam do drugiego pokoju. Tam znalazłam coś takiego…


Test wyszedł negatywnie. Więc wzięliśmy w obroty opcję po prawej stronie stolika ;) Co prawda koleżanki z mamuśkowego forum „pocieszały”, że wynik mógł być nieprawidłowy i żebym powtórzyła test po kilku dniach, no ale trochę nam ulżyło. Zobaczymy, co przyniosą najbliższe dni… :p



07:35, ja-zolza , zołza
Link Komentarze (12) »
środa, 21 marca 2012

K.: Czułem, jakbym pił kawę ze śmietaną.

Zo.: Dlaczego?

K.: Bo kupiłaś tłuste mleko…

Taaa... 1,5% - sam tłuszcz! ;)


 

wtorek, 20 marca 2012

Miałam wczoraj wyjętą z zamrażarki pierś kurczaka na obiad. Miały być bitki, bo nie chciało mi się myśleć nad czymś innym. Ale zajrzałam do lodówki, a tam otwarta puszka brzoskwiń – i tylko dwie połówki w środku. Cóż, nie lubimy marnować jedzenia. Wyjęłam więc brzoskwinie i już wiedziałam, co zrobić. Jakoś tak samo przyszło mi do głowy.

Pokroiłam pierś w paseczki i ułożyłam w naczyniu żaroodpornym. Osoliłam lekko, opieprzyłam obficie, dodałam też ostrej papryki. Brzoskwinie pokroiłam w półksiężyce i poukładałam między paseczkami mięsa. Na to rozrzuciłam trochę żurawiny suszonej. Na koniec dodałam jakieś zioło z ogródka teściowej – dostaliśmy w ubiegłym roku i tak leżało zapomniane. Nie pamiętam, jak się nazywa, ale tak fajnie, delikatnie pachnie. Chciałam dać moją ukochaną natkę pietruszki, ale, niestety, okazało się, że się skończyła.

Wszystko zalałam wodą i wstawiłam do piekarnika na 200st. Pitoliło się ok.1,5h, ale to było za długo – za dużo wody wyparowało. Nie mniej jednak, wyszło całkiem dobre.

Mój mąż powiedział, że, kurde, potrafię zajebiście wymyślić obiad na poczekaniu. Cóż, cieszę się, że Mu smakuje – wszak to dla Niego to wszystko ;)



09:18, ja-zolza , zołza
Link Komentarze (9) »
niedziela, 18 marca 2012

Nareszcie pozbyliśmy się tego okropnego stołu...

K. rozkręcił go i wrzucił do piwnicy - albo go sobie jego rodzice wezmą, albo wywalimy, kiedy podstawią kontener na gabaryty.

K. powiedział mamie, że mogą go wziąć, jeśli chcą - może ojcu blat się do czegoś przyda [on lubi sobie majsterkować]. Teściowa zapytała, dlaczego się go pozbywamy. Na to K., zgodnie z prawdą, że ze względu na dziecko. Raz, kiedy zaczynał stawać przy wszystkim, stanął sobie przy tym stole, trzymał się blatu i kiwał się. Wstałam, żeby podejść do niego i poasekurować podczas tych pierwszych prób samodzielnego stania, ale nie zdążyłam. Małemu ześlizgnęły się paluszki i upadł... Serce mi stanęło, kiedy zobaczyłam, że główka leci prosto na metalową podstawkę stołu i w ostatniej chwili małemu udaje się ją utrzymać... góra dwa centymetry dzieliły oczko od tego cholerstwa. Tego dnia ostro uparłam się, żeby natychmiast wyrzucić stół. Kiedy K. opowiedział to matce, ta odparła: "Ale dzieci się pilnuje!" Nosz kurrr.... Dobrze, że mnie nie było przy tej rozmowie. K. poradził sobie świetnie. Powiedział, że nasze dziecko nie będzie taką pi***, jaką on był, bo matka ciągle przy nim skakała i nie mógł się niczego nauczyć. Dłużej mówił, ale nieistotne.

My chcemy, żeby mały nauczył się, że każdy czyn niesie jakąś konsekwencję. Dzięki temu, że nie stoję nad nim, jak kwoka, upadł kilka razy i nauczył się asekurować głowę. Dzięki temu, że pozwoliłam mu na samodzielne poznawanie świata [pod moim czujnym okiem, rzecz jasna!] mały bardzo szybko nauczył się, że jeśli chce z pozycji stojącej przejść do siadu, nie może się po prostu puścić, bo to sie może kiepsko skończyć. Tak fajnie trzyma się jedną rączką, a drugą "szuka" podłogi - i dopóki nie poczuje jej pod łapką, nie puści się i nie upadnie.

Chcę wychować moje dziecko na mądrego i samodzielnego człowieka, i uważam, że im wcześniej zacznę, tym lepiej. Nie, nie zamierzam się w ogóle nie interesować tym, co robi mój syn. Cały czas jestem obok i w razie potrzeby interweniuję. Ale nie będę go całe życie prowadzić za rączkę. Jeżeli zacznę ten plan wprowadzać w życie już teraz, istnieje duże prawdopodobieństwo, że nie będę nadopiekuńczą mamuśką dorosłego dziecka i nie będę się wpierd***ła w jego życie, kiedy założy rodzinę... Wiem, że dużo pracy przede mną, mnóstwo chwil zwątpienia i na pewno mnóstwo błędów do popełnienia, ale ważne, że mam plan. I niech mi ktoś, k-wa, powie, że źle się opiekuję swoim dzieckiem... Zagryzę!

21:08, ja-zolza , zołza
Link Komentarze (9) »
 
1 , 2