Treści i zdjęcia zawarte na tym blogu są moją własnością. Kopiowanie, przetwarzanie i rozpowszechnianie tych materiałów w całości lub po części bez mojej zgody stanowi naruszenie praw autorskich. Podstawa prawna Dz.U. 94 nr 24 poz. 83, sprost.: Dz.U. 94 nr 43 poz. 170.

Kategorie: Wszystkie | Edi | Kudłaty | szmaciaki | zołza
RSS
poniedziałek, 31 grudnia 2012

Godzina 7:15.

- Mamaaaa! Niam niam!

No i nie obchodzi go, że mam dziś nockę w pracy... :p

 

Wszystkiego najlepszego w Nowym 2013 Roku! :)

 

P.S.: Zanim odpalicie kolejną petardę, pomyślcie o zwierzakach, dla których będzie to nieopisana trauma... Nie jestem jakimś ekomaniakiem, ale hukom i wystrzałom mówię kategoryczne NIE.

 

09:34, ja-zolza , zołza
Link Komentarze (9) »
czwartek, 27 grudnia 2012

Mój gwiazdkowy prezent... Wsiąkłam ;)

 

11:01, ja-zolza , zołza
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 24 grudnia 2012

Nie robimy wiele, bo to dla nas bez sensu - spędzamy Wigilię i Święta we trójkę, nie przejemy tony żarcia. Będzie więc symbolicznie, ale smacznie ;)

Jakaś rybka [jeszcze nie wiem, jak chcę ją zrobić], krokiety [farsz już jest, jeszcze tylko bliny/naleśniki trzeba posmażyć] sałatka jarzynowa, sałatka buraczano-śledziowa i jeszcze nasza żółta sałatka. No i barszczyk.

Na słodko będzie sernik-piernik Majanki, ale to na jutro. Na dziś miało być ciasto drożdżowe... Ale dobrze, że upiekłam dwie blaszki, bo pierwszej już prawie nie ma! Moje pierwsze drożdżowe, wyszło GENIALNIE! :)

Przepis ze strony "Moje Wypieki"

DYNIOWY PLACEK DROŻDŻOWY

[ja bym napisała: Pomarańczowo - dyniowy ;) z cynamonową kruszonką :)]

Moje modyfikacje:

* Dałam skórkę z jednej pomarańczy, bo tyle miałam i uważam, że zdecydowanie wystarczy.

* Puree zrobiłam tak, że wzięłam z zamrażalnika zmieloną na maszynce do mięsa dynię i ją zagotowałam lekko w garnuszku. Potem dodałam masło, a kiedy się rozpuściło - mleko i skórkę.

Wyszła mi keksówka i mała prostokątna forma. Ale, naprawdę, śmiało mogę polecić - ciacho jest niesamowicie pyszne! :) Nie zdążyłam przełożyć na talerz... żarliśmy z papieru do pieczenia ;)

09:50, ja-zolza , zołza
Link Komentarze (11) »
sobota, 22 grudnia 2012

Jakiś czas temu nabrałam ochoty na coś, czego jeszcze nie jadłam. Jako że akurat mieliśmy pomarańcze, pomyślałam o sosie pomarańczowym do mięsa. Przejrzałam przepisy w internecie i zrobiłam, jak zwykle, po swojemu.

Zmiksowałam pomarańczę i startą z niej skórkę, mandarynkę, sok z cytryny, wodę - na oko. Na oko dałam też przyprawy - sól, cukier, imbir. Ugotowałam. Zagęściłam mąką - też na oko. Wyszło, powiedzmy sobie, dobre, ale bez rewelacji.

Następnego dnia nie chciało mi się nic wymyślać, ale została mi miska sosu... Znów "przeleciałam" więc przepisy w internecie i zrobiłam przepyszną zupę.

Do sosu dodałam startego pomidora. Doprawiłam pieprzem, solą, imbirem i kardamonem. Dodałam natkę pietruszki i makaron. I to było GENIALNE! :) Spróbujcie sobie, naprawdę fajna sprawa :D

Jako że zdjęcia nie zrobiłam, wrzucam fotkę obiadku, który przygotował mi dziś mój Mąż ;)


22:00, ja-zolza , zołza
Link Komentarze (5) »
piątek, 21 grudnia 2012

Urywek mojej dzisiejszej internetowej konwersacji z K.

Zo: "a ja muszę siłą wyciągnąć małego z namiotu, bo się zesrał, a twierdzi, że "nie-e" i nie chce wyjść :p"

Latem teściowa kupiła Ediśkowi namiot. Miał być nad morze, ale zapomnieliśmy o nim. Jeździł więc sobie w bagażniku, aż do przedwczoraj, kiedy to sobie o nim przypomniałam. Wczoraj go rozłożyłam. Kopara mi opadła, bo myślałam, że to będzie o połowę mniejsze, no ale co tam - najważniejsza frajda dziecka. A frajda jest niesamowita! Bawi się w tym namiocie, wchodzi i wychodzi, na czterech i na stojąco, z maskotkami i zabawkami edukacyjnymi... A jaka radość była, kiedy matka pozwoliła wziąć miseczkę chrupek do środka! :)

Dziś od rana też zabawa z namiotem. I tylko co chwila "ku-ku" albo "a ku" [nie może jakoś powiedzieć "a ku-ku" ;)] przez siateczkowe okna, tudzież "hejo" przez wejście namiotowe.

Ooo, jeszcze klocków tam nie było - to właśnie już są ;p

 

10:28, ja-zolza , Edi
Link Komentarze (8) »
wtorek, 18 grudnia 2012

Jestem przerażona stanem chodników w mieście...

Poszłam dziś z Ediśkiem do żłobka, bo mają bal z Mikołajem. Jako że miałam przerwę w pracy, mały miał przerwę w żłobku, żeby zaoszczędzić. No ale przy okazji balu postanowiłam Bąbla zaprowadzić. Zwłaszcza, że lubi żłobek. Kiedy rano wygłupiał się i nie chciał wyjść z łóżeczka, powiedziałam, że idziemy zaraz do żłobka. Na to moje dziecko zbystrzało i mówi: "Do bobcia? Bum bum?" Na moje potwierdzenie i dodanie, że idziemy do dzieci i cioć, mały wstał i powtórzył: "Cieci? Ciocia!". No i nie było już problemu ;)

Problem zaczął się, kiedy wyszliśmy z domu. Koło bloku pięknie odśnieżone, więc wózek jechał leciutko, ale zaraz w małej uliczce totalna masakra. Próbowałam pchać wózek tylko na tylnych kołach, ale zdało to egzamin tylko na krótko. W końcu obróciłam limuzynę mojego synka i ciągnęłam ją przez zaspy, jak jakiś wół :/ Odetchnęłam z ulgą, kiedy doszliśmy do głównej ulicy, ale radość moja nie trwała długo. Chodniki odśnieżone były w kratkę. Ale największym hardcorem było przejście przez ulicę. Jezdnia, owszem, pięknie odśnieżona, ale cały śnieg został zepchnięty w okolice chodnika i żeby przejść przez ulicę, trzeba było przedrzeć się przez zaspy. Na dodatek dwa razy przechodziliśmy przez przejścia dwuetapowe - porażka! No do jasnej ciasnej, pieszy to też uczestnik ruchu drogowego, czy ci ludzie w ogóle nie myślą?! Ok, niby mogłabym wieźć małego na sankach [których, nawiasem mówiąc, jeszcze nie mamy] - ale co ma zrobić matka z niemowlęciem w wózku głębokim albo osoba niepełnosprawna? Grrr...

Z odebraniem małego ze żłobka poczekam, aż K. skończy pracę - razem damy radę. Jednak współczuję takim ludziom, jak pani, którą mijałam rano - kobieta poruszała się o kulach. Dawała radę, bo musiała. Ale czy naprawdę tak to musi wyglądać?!

 

10:36, ja-zolza , zołza
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 17 grudnia 2012

A my już mamy chuujałkę! :D Właśnie ubrałam... Bo czasem fajnie wrócić wspomnieniami do czasów dzieciństwa... :)

Włos anielski tylko do połowy, żeby mały nie zdjął, a całkiem nie zrezygnowałam, bo lubię... :p

19:48, ja-zolza , zołza
Link Komentarze (8) »
piątek, 14 grudnia 2012

Dziecko moje jest cudem największym :) Tak, wiem, każda matka ma takie zdanie o swoim dziecięciu [no, prawie każda] ale ja tam swoje wiem ;)

Dałam Bąkowi banana w grubych plastrach na talerzyku. Z reguły dostaje całego w łapkę, ale tym razem chciałam inaczej. Nieważne. Dałam mu i zostawiłam go przy jego stoliku, gdzie zawsze je, a sama wróciłam do kuchni, gdzie szalałam przygotowując obiad. Minęła chwila i mój półtoraroczny szkrab zjawił się w drzwiach kuchni, niosąc przed sobą w rączkach pusty talerzyk. Uśmiechnął się i zawołał:

- Mama? Juś?

On tak śmiesznie pytająco mówi, przeciągając ostatnie sylaby ;)

Zrobił się w ogóle bardzo porządnicki. Wyrzuca do kosza wszystko, co uzna za śmieć - z reguły są to rzeczywiście śmieci, ale dziś np.  wyrzucił krem, który babcia zostawiła ;) Sęk w tym, że szafka z koszem jest zastawiona taboretem i zamknięta na haczyk, który K. zamontował w obronie śmieci przed Sol ;) Ediś odsuwa taboret, zdejmuje haczyk, otwiera szafkę, wyrzuca, co trzeba, po czym zamyka szafkę, zakłada haczyk [choć czasem trochę czasu mu to zajmuje ;)] i zasuwa taboret. Zawsze.

Wczoraj dostałam sms. Mały zawsze wydaje komiczny dźwięk wyrażający zdziwienie, kiedy przyjdzie sms, dzwoni telefon, ale też kiedy wyłącza się czajnik czy piekarnik ;) I tym razem się zdziwił i próbował zgadnąć:

- Yyyy? Ciocia?

- Nie, synku -odpowiadam - to babcia.

Na co mały [który babcię nazywa "ciapcią"]:

- BaBcia? - z akcentem na drugie "b" :)

Ale potem znowu była już tylko "ciapcia".

I na koniec scenka, którą znają facebookowicze ;)

W radio leci Nirvana. Mały woła: "Mama?!". Patrzę, a ten zaciska piąstkę, po czym macha nią, zadowolony, kiwając też główką w rytm muzyki... :D Tatuś był dumny, kiedy mu o tym opowiedziałam :D

 

12:17, ja-zolza , Edi
Link Komentarze (17) »
czwartek, 13 grudnia 2012

Oglądamy sobie wczoraj wieczorem "Matura to bzdura". Mamy ubaw po pachy, ale też zacinamy się na niektórych pytaniach. W pewnym momencie pada pytanie o zalotkę. Zapytuję więc Męża, zanim pada poprawna odpowiedź...

Zo: Wiesz, co to jest zalotka?

K.: Wiem, taka zalotna kobieta.

Zo: He he, też. Ale przyrząd...

K. [robi wielkie oczy]: Naprawdę??

Zo: No. Takie coś do podkręcania rzęs.

K.: Aha. Ale wiem, co to jest zachętka.

Zo: ???

K.: Taki enzym, który się dodaje do nabiału... A nie, k-wa, podpuszczka!

Zo: :D [turlam się]

 

środa, 12 grudnia 2012

Kilka dni temu odwiedziła nas znowu Bazyli. Jak widać, nie zraziło jej moje blablanie o wózkach ;) [swoją drogą, wybrali wózek, który i mi się podoba ;)]. Tym razem Gosia chciała pogadać o czymś konkretnym. Jak to ujęła, potrzebowała porozmawiać z doświadczoną synową :p

Taaak, małżeństwo to coś pięknego, tylko te przyległości... ;)

U nas bywało różnie, ale nareszcie doszliśmy do porozumienia i mamy naprawdę fajny kontakt z rodzicami - jednymi i drugimi. Żeby do tego dojść, musieliśmy przejść przez rozmowy, kłótnie, łzy itd. Ale opłacało się. Rodzice rozumieją, że nie jesteśmy bezradnymi dziećmi, które bawią się w dom, ale dorosłymi ludźmi, którzy doskonale zdawali sobie sprawę z tego, co robią, zakładając rodzinę. Mam nadzieję, że i u Bazyliszkowej rodzinki będzie podobnie :)

 

12:37, ja-zolza , zołza
Link Komentarze (10) »
 
1 , 2